Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT: Polska śląsko-wielkopolska

Polska śląsko-wielkopolska 2016/01/29 21:28 #164326

"(...) Potem okazało się, że Polacy wykupili w sumie więcej ziemi z rąk Niemców niż Komisja Kolonizacyjna z rąk polskich"

Ciekawy, choć nie nowy, wywiad ze Stefanem Bratkowskim* o wielkopolsko-śląskich powiązaniach i problemach pt. "Przyszłość sama nie przyjdzie".

Wstawiam go, bo mi się podoba, bo chciałbym, żeby taka Polska dominowała zamiast tej wschodniej, warszawskiej, puszczającej na cały kraj syreny w godzinę wybuchu Powstania Warszawskiego, ale jakoś nie czczącej pamięci o jego upadku.

www.alfa.com.pl/slask/200905/s09-09.htm

– W styczniu 2009 r. odebrał pan przyznawaną w Poznaniu nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Uznano, że w roku 90-lecia wybuchu powstania wielkopolskiego właśnie panu, który przyczynił się do zachowania pamięci o „najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy” należy się ta nagroda. Poczuł się pan usatysfakcjonowany?

– Nie wiem, czy dobrze ta nagroda trafiła, bo nie zajmowałem się powstaniem lecz tym, dzięki czemu Wielkopolska stała się właśnie Wielkopolską. Między innymi tym, co się określa „najdłuższą wojną nowoczesnej Europy”. Powiedziałem więc, że rad byłbym, gdyby Wielkopolska była znów Wielkopolską, żeby zrobiła coś sama dla siebie. Bo np. wysycha ona i stepowieje – biega już po niej fauna stepowa. Poziom wód gruntowych nadal się obniża, jednocześnie mój przyjaciel (telefoniczny bardziej niż bezpośredni) prof. Janusz Gołaski zlokalizował 1500 miejsc po zamarłych młynach. Innymi słowy, bardziej byłbym usatysfakcjonowany, gdyby tradycja zaradności w rozwiązywaniu problemów własnymi rękami, którą wykształciła właśnie Wielkopolska, rzeczywiście tam znowu odżyła.

– Niech pan młodszym czytelnikom przypomni, czym była „najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”?

– To była po prostu tradycja Stanisława Staszica i Stefana Garczyńskiego, pionierów Oświecenia w Polsce w XVIII wieku, rozwiązywania problemów własnymi rękami. Początek telewizyjnego serialu jaki zrealizowaliśmy pod tytułem „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” opowiadał o Dezyderym Chłapowskim – adiutancie Napoleona, generale powstania listopadowego w 1831 roku, który oddziedziczył całkowicie zdewastowane dobra w Poznańskiem i pojechał do Szkocji, aby nauczyć się nowoczesnego rolnictwa. Wrócił i przekształcił swoje dobra w ośrodek nowoczesnego rolnictwa. Nie tylko postawił na nogi swoje dobra, lecz jednocześnie uczył sąsiadów, w tym chłopów, jak efektywnie uprawiać ziemię, by rolnictwo przynosiło dochody. Potem, kiedy nadeszła pora uwłaszczenia chłopów, rozdał im najlepsze swoje ziemie. Był to zaczyn „wielkopolskości”, jeszcze przed dr. Karolem Marcinkowskim, który po powrocie do kraju z emigracji po powstaniu listopadowym (był adiutantem Chłapowskiego), rozwinął szeroką działalność organiczną, którą wiąże się w Wielkopolsce właśnie z jego nazwiskiem.

– Ta filozofia pracy organicznej, zaradności i radzenia sobie, różniąca się od filozofii wzniecania kolejnych nieudanych powstań z czegoś musiała wynikać?

– Wielkopolska miała własną tradycję nieudanych powstań. W Wielkopolsce przygotowywano powstanie do którego w ogóle nie doszło; w 1846 roku, wyaresztowano wszystkich spiskowców, ich proces w Berlinie zakończył się akurat dla nich szczęśliwie. Potem był 1848 rok – Wiosna Ludów, kiedy Wielkopolska zbrojnie walczyła z opresją pruską i też poniosła porażkę. Wyciągnięto z tego wnioski, a właściwie umocniło się przekonanie Marcinkowskiego i Cegielskiego, że trzeba budować przede wszystkim własną siłę ekonomiczną i oświatową w takich warunkach, jakie są. I trzeba być lepszym od prześladowców w tym, co się uważa za ich zalety. W rezultacie to Polacy mogli na terenie Wielkopolski i Pomorza uczyć osadników niemieckich dobrego rolnictwa. Innymi słowy, wszystko było odwrotnie niż w „Placówce” Bolesława Prusa („Placówka” opowiada o chłopie spod Nałęczowa, a nie z Wielkopolski!). Co więcej nasi warszawscy pozytywiści i – pisarze- niewiele wiedzieli o Wielkopolsce i wypisali bzdury, sugerując, że dla Wielkopolski jedyną alternatywą: albo ulec Niemcom, albo umrzeć w zestarzałych formach dawnej polskości.

– Wielkopolska i Śląsk wcześniej należały do tego samego państwa niemieckiego. Jaki widzi pan związek pomiędzy „najdłuższą wojną nowoczesnej Europy” a wielowiekowym fenomenem trwania Śląska przy Macierzy, na którym po wiekach ucisku i germanizacji, urzędowe pruskie statystyki wykazały w latach 1910-1911, że na dwa miliony mieszkańców prawie 3/4 ludności przyznawało się do polskości?

– To był fenomen o którym dziś często zapominamy. Zapominamy też o ogromnej roli duchowieństwa katolickiego na Śląsku i to roli bardzo rozległej, bardzo różnorodnej. Na przykład, na upadek powstania listopadowego dawna Polska zareagowała powszechnym pijaństwem. Zaborcy byli wręcz tym ukontentowani. Dramatycznie to wyglądało właśnie na Śląsku, Śląsk tę klęskę bardzo przeżywał... Dla mnie jednym z naszych bohaterów narodowych jest ksiądz Jan Ficek „piesek Matki Boskiej”, jak sam siebie nazywał, który pokonał alkoholizm. Potrafił wpłynąć na ludzi, uświadomić im, że to nie tylko kwestia moralna, lecz i narodowa, kwestia, kim my jesteśmy, kim chcemy być? Jeżeli jesteśmy Polakami nie możemy pić, bo to nas wykończy.

Śląsk miał tradycyjnie zawsze dobre związki z Wielkopolską, skąd otrzymywał wsparcie w różnych inicjatywach służących pobudzaniu aktywności społecznej. To paradoksalne, bo Śląsk miał bardzo blisko do Zagłębia, po drugiej stronie kordonu w Królestwie Polskim, ale tu nie znajdował oparcia w inteligencji wywodzącej się ze szlachty. Śląsk nie miał własnej inteligen-cji, więc tu polską tożsamość, przy znacznej właśnie pomocy księży, uchował lud. Znane też są fakty, że także Niemcy – o zainteresowaniach społecznych, którzy starali się mieć kontakt z ludem, ponieważ ten lud był polski, zaczynali się interesować historią Polski. Naraz okazywało się, że ta historia jest znacznie bardziej pociągająca niż historia Prus. Bo trzeba pamiętać o jeszcze jednej rzeczy, nie było jednych Niemiec. Prusaków – wiem to z opowieści mojej matki – w innych niemieckich krajach nie uważano w ogóle za Niemców. To byli według nich tylko ludzie mówiący po niemiecku. Co więcej, dzisiaj się nie pamięta, że Prusy po prostu podbiły resztę Niemiec. Bitwa pod Sadową w 1866 roku nie była bitwą Prus z Austrią, lecz z wszystkimi innym państewkami niemieckimi.

– Jak jednak tłumaczyć to, że Korfanty upominał się o Piłsudskiego w swoim słynnym przemówieniu w Reichstagu 25 października 1918, kiedy domagał się dla Polski: Śląska, Poznańskiego i Prus z dostępem do morza, wypominając Niemcom, że go trzymają w twierdzy Magdeburgu, mimo że wcześniej Piłsudski oświadczył przedstawicielom rządu Niemiec, że obecna generacja Polaków nie będzie prowadziła wojny o Poznańskie i Pomorze. Podobnie odnosił się do Śląska i do samego Korfantego, przez co, kiedy w 1922 roku przyjechał na Śląsk, to go na dworcu wygwizdano?

– Wszystko to polega na totalnym nieporozumieniu, ponieważ koncepcja Piłsudskiego, była koncepcją, że pójdziemy najpierw z państwami centralnymi, a jak one przegrają, obrócimy się przeciwko nim. Stąd też wypowiedzi Piłsudskiego sprzed 1918 roku trzeba traktować w tym właśnie kontekście. My może byśmy nawet nie zawierzyli tej strategii, gdyby nie to. że w 1912 roku Piłsudski mówił o niej w obecności mieńszewika rosyjskiego Czernowa, który zapisał ją w swoich wspomnieniach jako przejaw utopii, rodzaj iluzji, jaka marzy się polskiemu rewolucjoniście. Tymczasem koncepcja Piłsudskiego jednak wygrała. Aby uderzyć w zachodnim kierunku trzeba było najpierw zbudować armię. W 1919 roku liczyła już ona 800 tysięcy żołnierzy i była w stanie przeciwstawić się bolszewikom, którzy liczyli nie tyle na podbój Polski, lecz na to, że czeka na nich gotowa do rewolucji klasa robotnicza Niemiec. Innymi słowy chodziło o to, aby nie dopuścić bolszewików do wnętrza Europy i to się nam udało i było wtedy najważniejsze. Jak wynika z lektury pism Piłsudskiego, nie zamierzał on porzucić Wielkopolski, Pomorza i Śląska, chodziło jednak o pewną kolejność i możliwość osiągania zamierzonych celów. Jeśli więc Piłsudski posłał trochę ludzi do powstania wielkopolskiego, w tym dowódcę gen. Józefa Dowbor-

Muśnickiego, a potem wspierał powstania śląskie, mimo że tego oficjalnie nie mógł czynić, to z czegoś to przecież wynikało.

– Co odradzająca się po niewoli Polska zawdzięcza Wielkopolsce?

– Przede wszystkim kadrę finansową i sporo kadry administracyjnej. Wielkopolska była jedynym regionem, poza Galicją, gdzie można było kształcić się w zakresie gospodarki. Galicja mogła dać urzędników, i dała całkiem niezgorszych, natomiast Wielkopolska dostarczyła koncepcji gospodarowania, koncepcje finansów i specjalistów od nich. Nie wspominając o stutysięcznej wyszkolonej armii.

– Jak pan ocenia rolę Wojciecha Korfantego w powstaniu wielkopolskim?

– Powstanie to głównie kwestia organizacji wojskowej. Tamta organizacja wojskowa była przygotowywana bardzo długo. Tu każda lokalna społeczność miała swoje oddziały, wcale nieźle wyszkolone, i nie tylko tych, którzy wrócili armii pruskiej, ale i tych, którzy trenowali walkę na bagnety walką na palcaty. Te oddziały wymagały następnie sprawnego dowództwa, i pierwszy dowódca awansowany do stopnia majora Stanisław Taczak wcale nie był taki zły. Znał on przede wszystkim dobrze Wielkopolskę, a nie ma nic ważniejszego jak dobre rozpoznanie terenu. Ponadto wiele wiedział o armii pruskiej, w której uprzednio służył. Za bezpośrednią podnietę do wybuchu postania uważa się przyjazd do Poznania Ignacego Paderewskiego, co jest swego rodzaju nieporozumieniem. Powstanie i tak by wybuchło.

Jeśli chodzi o Korfantego w tym powstaniu, myślę, że najważniejszym było dla niego zdobyte tu doświadczenie i nawiązane kontakty, które owocowały następnie w przygotowaniu najważniejszego, trzeciego powstania na Śląsku. Myślę, że koncepcja trzeciego powstania śląskiego była, jakoś tam, oparta na doświadczeniach powstania wielkopolskiego.

– Czy bez Wielkopolski i bez śląskich kopalń, hut i stalowni, jakie przypadły Polsce po powstaniach śląskich, odradzająca się Rzeczpospolita mogłaby stanąć na nogi?

– Nie sądzę. Tu trzeba koniecznie przypomnieć o takiej organizacji jak „Zet”, konspiracyjny Związek Młodzieży Polskiej, ruch młodzieży studiującej na wyższych uczelniach Rosji i zachodnich państw Europy, który przygotowywał się z jednej strony do walki o Polskę, z drugiej – do pracy dla Polski. Ruch ten przygotowywał fachowców. Takimi fachowcami, między innymi, byli Ignacy Mościcki i Eugeniusz Kwiatkowski, którzy wzięli się za uruchomienie chorzowskich azotów. Kiedy obejmowali te zakłady, odchodzący fachowcy niemieccy mówili: „Nam tu kaktus na dłoni wyrośnie jeżeli się to wam uda w ogóle uruchomić”. Oni uruchomili zakłady w miesiąc. Oczywiście było to możliwe dzięki wsparciu majstrów i robotników śląskich, od których uzyskiwali wszystkie potrzebne informacje do uruchomienia urządzeń i kompletów maszyn. Przyłączenie Górnego Śląska miało ogromne znaczenie dla Polski, także moralne, bo ci fachowcy skierowani na Śląsk uczyli potem Polaków tego, czym jest dla Polski Śląsk.

– Od swoich dziadków słyszałem, że był ponoć pomysł federacyjnego państwa Wielkopolska – Śląsk (Śląski przemysł, Wielkopolska żywność)?

– To był chyba pomysł przeniesiony z niemieckich landów, które były samodzielnymi krainami. To się w jakimś stopniu przenosiło na nasze tereny. Górny Śląsk też był zróżnicowany, np. niezwykle silne było poczucie odrębności Śląska Cieszyńskiego. Wiem coś o tym, bo mój ojciec był pierwszym polskim konsulem w Morawskiej Ostrawie i brał udział w akcji plebiscytowej. Cieszyniacy mieli nawet pewne poczucie wyższości w stosunku do reszty Śląska. Wynikało to może z tego, że oni, żyjąc w austriackim zaborze, wytworzyli własną inteligencję, która sprzyjała bu- dowaniu ich tożsamości, to stawiało ich w lepszej sytuacji w stosunku do gnębionych przez Prusaków Górnoślązaków, bo nacisk pruski był niesłychanie silny, dziś nie zdajemy sobie sprawy z tego do jakiego stopnia. Nawet duchowieństwo było w najrozmaitszy sposób szykanowane przez pruską hierarchię kościelną.

– Jak wyglądały pomosty łączące Wielkopolskę ze Śląskiem, kiedy Śląsk, wzorem Wielkopolan, zdecydował się walczyć zbrojnie o powrót do Macierzy?

– Uważa się, że do połowy 1919 roku wpływy Poznania na losy Śląska były decydujące. Ale związki i tradycje współpracy były znacznie wcześniejsze i sięgały połowy XIX wieku. Te związki były budowane przez spółki zarobkowe, odpowiedniki niemieckich banków ludowych, z tym, że do naszych spółek zarobkowych mogli należeć także chłopi, nie było przedziału między miastem a wsią. Natomiast patronem związku rewizyjnego spółek był wielkopolski wódz spółdzielczości kredytowej ks. Piotr Wawrzyniak, który bardzo często bywał na Śląsku, bo sieć tych spółek była wielkopolsko-śląska. To była kwestia nie tylko ludzkiej zdolności współpracy. W radach nadzorczych tych spółek zarobkowych w Wielkopolsce zasiadali nawet niepiśmienni chłopi, którzy dopiero w tych spółkach uczyli się czytać i pisać, ale byli na tyle bystrzy, że potrafili nadzorować gospodarkę finansową tych spółek. A co najważniejsze, wiedzieli komu warto dać kredyt, a komu nie. Spółki te robiły wiele dobrego, między innymi odbudowywały na Śląsku drobny handel polski. I to ze spółkami związany był ruch czytelni ludowych, a w ślad za tym rzecz jasna rozwój czytelnictwa i działalność wydawnicza. Sam ks. Wawrzyniak był także kierownikiem drukarni i księgarni św. Wojciecha w Poznaniu. Silne wydawnictwa działały na Śląsku Cieszyńskim, bez pruskich ograniczeń, stamtąd szmuglowano na Górny Śląsk najrozmaitsze książeczki, od bardzo prostych, uczących, co to jest być Polakiem, po literaturę fachową, czasopisma i literaturę piękną. A to właśnie sprzyjało utrwalaniu polskości.

Jeśli chodzi o same powstania śląskie, to sporo, bo kilkuset ochotników z hr. Ignacym Mielżyńskim na czele, poszło w nich walczyć, w tym „zetowscy” przyjaciele mojej rodziny, późniejszy senator Nowak, doktor Jarczyk. Zresztą jeszcze wcześniej, bo w grudniu 1918 roku, kiedy utworzona została w Poznaniu Narodowa Rada Lu-dowa (NRL), która posiadała w swym 80-osobowym składzie 28 Górnoślązaków (w tym Wojciecha Korfantego i Józefa Rymera), posłano na Śląsk specjalnych emisariuszy, których zadaniem było tworzenie organizacji paramilitarnych, przygotowujących do walki o wyzwolenie Śląska. Wielki wpływ na postawy Ślązaków miał przecież sam fakt zwycięstwa powstania


wielkopolskiego. Mój ojciec, z innymi kolegami z „Zet”, należał do licznego grona organizatorów pomocy dla walczących Ślązaków. Pomoc ta była bardzo znacząca o czym potem wielokrotnie mówił Wojciech Korfanty: pomoc żywnościowa, materialna, pieniądze na zakup uzbrojenia, schronienie dla wielu powstańców po upadku pierwszego i drugiego powstania, leczenie rannych powstańców, wreszcie duża pomoc w akcji plebiscytowej i wiele wieców poparcia pod hasłem „Ratujmy Śląsk”.

Nie wiem, czy sprawa relacji wielkopolsko-śląskich została jakoś przystępnie opracowana i upubliczniona. Nie jestem tego pewien, myślę, że wiele w tym zakresie jest jeszcze do zrobienia.

– Czy Wielkopolanie, tak jak Ślązacy, rozczarowali się następnie do II Rzeczypospolitej?

– Przede wszystkim żyjąca nieudanymi powstaniami Warszawa najzwyczajniej w świecie nie rozumiała Wielkopolski i Śląska, nie była przygotowana do organizowania i funkcjonowania nowocześnie rozumianego państwa. Administracja galicyjska, która dała Polsce podstawową masę urzędników, tego nie gwarantowała, bo jeśli chodzi o rozwój gospodarczy Galicja była niesłychanie zacofana, mimo że dysponowała w ramach Austro-Węgier wielką swobodą. Była ona przecież prawie niepodległym państwem w obrębie państwa Franciszka Józefa, posiadającym swój rząd – „Wydział Krajowy”. Ministrami finansów u Franciszka Józefa byli w Wiedniu przez 50 lat wyłącznie Polacy, nie mówiąc już o tym, że byli premierami rządu Austro-Węgier. Wracając do pytania, najzwyczajniej w świecie, porozumienie między Warszawą i wschodnią częścią Polski i zachodnią jej częścią było dość trudne. Wielkopolska została określona przez Ludwika Erharda w książce Die Polnische Frage w 1906 roku jako państwo w państwie. Ostrzegał on Niemców, kiedy Prusakom się wydawało, że zgnietli tu już polskość. Potem okazało się, że Polacy wykupili w sumie więcej ziemi z rąk Niemców niż Komisja Kolonizacyjna z rąk polskich. Gospodarstwa polskie stały na znacznie wyższym poziomie niż kolonistów niemieckich. Podobnie na Śląsku rolnicy, jeśli chcieli się utrzymać, musieli być lepsi od Niemców. Żeby zorganizować szeroki ruch dla związania Wielkopolski i Śląska z resztą kraju i dla pomocy tym ziemiom w walce o polskość, powołano do życia Związek Obrony Kresów Zachodnich. Wiem coś o tym, bo mój ojciec był jednym ze współzałożycieli tego Związku, który przekształcił się w 1934 roku w Polski Związek Zachodni i do dzisiaj nie znam solidnej monografii poświęconej jego ważnym dziejom i roli.

– W 1989 roku napisał pan w „Tygodniku Powszechnym”: gdyby z polską administracją przyszli na Górny Śląsk Poznaniacy, sprawni, zdyscyplinowani i dokładni, byliby może zdobyli uczucia Śląska dla Polski, a przynajmniej szacunek.

– Tak, dokładnie tak uważam. Zwyciężyła także wtedy, co i dzisiaj przecież obserwujemy, żądza władzy zamiast kompetencji.

– Napisał pan też kiedyś: „Są w Polsce ludzie, których nikt nie rozumie. Nie rozumie ich ogól narodu i nie rozumieją ich najbliżsi sąsiedzi. To Ślązacy.” Czy nadal tak pan sądzi?

– Czy ja wiem, może dzisiaj jest już trochę inaczej. To już inny świat. Bo widzi pan tylu ludzi z dawnych Kresów wschodnich, którzy w rezultacie drugiej wojny światowej osiedli na Śląsku, jakoś się w końcu porozumieli ze Ślązakami i stopili się z nimi w jeden nowy Śląsk. Dla mojej żony, która pochodzi z Kresów, śląskie Gliwice są jej Gliwicami, z którymi się kojarzy.

– Czy dzisiejsza Polska już nieco lepiej rozumie Śląsk?

– Proszę pana niech pan popatrzy na mapę, na ten półksiężyc od Gdańska przez Ziemie Zachodnie do Śląska, to jest najlepiej rozwinięta część kraju. Przecież znowu mamy sytuację, że najsłabiej rozwinięta jest tzw. ściana wschodnia. Dzisiaj stosunek do Śląska w ogóle musi być taki jak do całego zachodniego pasa. Wiadomo, że to są ludzie najżywsi, najlepiej zorganizowani, mało tego i – najzaradniejsi i mający najwięcej ducha ekspansji w sobie.

– Co pan sądzi o firmowanych, także przez K. Kutza, dążeniach do odzyskania autonomii Śląska, nadania gwarze śląskiej statusu języka, a niektórzy nawet marzą o statusie mniejszości narodowej dla Ślązaków?

– Uważam to za nieporozumienie. Ludzie, którzy by mogli się powoływać na śląską tożsamość są już na samym Śląsku mniejszością. Co więcej, Ślązacy z wszystkimi mieszkańcami Ziem Północnych i Zachodnich są najdynamiczniejszą częścią ludności naszego kraju i schodzenie do poziomu jakiegoś „podkraju” byłoby nieporozumieniem, a nawet anachronizmem.

W Polsce w ogóle nie ma tego typu tradycji. W sześćdziesiąt lat po wojnie nie wyobrażam sobie realności tego typu postulatów. Oczywiście gwarę należy zapisywać, bo jest ona ważną częścią kultury tej ziemi i trwania tej ludności przy Macierzy. Rzecz w tym, że jeśli się żyje w Polsce, to trzeba żyć po prostu z Polski, bo nie da się żyć z czegoś innego. Po wojnie reszta kraju żyła ze Śląska, w tej chwili wyeksploatowany Śląsk musi żyć z reszty kraju. Niezbędny jest program transformacji Śląska i myślę, że taki program powstaje, przede wszystkim na samym Śląsku.

Trzeba szukać nowych nisz produkcyjnych badając starannie rynki i ile z nich można zgarnąć dla siebie i jak to zagospodarować. Mało tego, w to wszystko trzeba wciągnąć pracowników, nie tworzyć sytuacji w której pracownicy są skazani wyłącznie na decyzje wyższych czynników zarządzania przedsiębiorstwami. Moim zdaniem program Reagana, formowania spółek pracowniczych, współodpowiedzialności pracowniczej, notabene po raz pierwszy lansowany przez Piusa XI, program współodpowiedzialności pracowników za przedsiębiorstwo w dzisiejszych czasach, gdy potrzebna jest transformacja przedsiębiorstw i to na ogromną skalę, jest niesłychanie istotnym zagadnieniem, znacznie ważniejszym od dość jałowej wydaje mi się – dyskusji o autonomii. I jest też jeszcze ważna kwestia, to potrzeba pobudzenia wyobraźni Ślązaków w poszukiwaniu swej przyszłości, bo przyszłość sama nie przyjdzie.

*Stefan Bratkowski – ur. 22 listopada 1934 roku we Wrocławiu, z wykształcenia prawnik, z zamiłowania dziennikarz, publicysta, pisarz. Honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Należy do najwybitniejszych polskich publicystów ostatniego półwiecza, orędownik nowoczesności, potrafiący łączyć refleksje o zjawiskach z przeszłości z problemami obecnej doby. Fascynują go idee leżące u podstaw kultury materialnej i metod gospodarowania dawnych i współczesnych społeczeństw. Niepoprawny pozytywista, stale krążący wokół takich idei i wartości jak: pochwała dobrej roboty, samorządności i wolności gospodarczej w duchu solidaryzmu społecznego.
Opublikował ponad 20 książek, m.in.: Księga wróżb prawdziwych (1969), Gra o jutro – napisana z bratem Andrzejem (1970), Z czym do nieśmiertelności (1977), Nowy Marsyliusz, czyli społeczeństwo inteligentne (1981), Kilka sposobów na niemożliwość (2000), Nieco inna historia cywilizacji: dzieje banków, bankierów i obrotu pieniężnego (2003), Kim chcą być Niemcy (2006). Szerokie uznanie przyniósł mu zrealizowany, według jego pomysłu, przez Jerzego Sztwiernię 13-odcinkowy serial telewizyjny, Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy (l98l). Laureat nagrody: im. Adolfa Bocheńskiego (1980 r.), Nagrody Kisiela (1990 r.), PEN Clubu im. K. Pruszyńskiego (1998 r.), Nagrody im. R. Kapuścińskiego (2009 r.)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Polska śląsko-wielkopolska 2016/01/29 22:47 #164327

Rany Boskie Ratnik...miej litość.Może prowadzisz bloga?Jeśli nie to proponuję zacznij ;) Pozdrawiam.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Polska śląsko-wielkopolska 2016/01/30 10:43 #164328

Bardzo ciekawy, wartościowy wywiad. Dzięki

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Polska śląsko-wielkopolska 2016/01/30 22:49 #164335

– Co pan sądzi o firmowanych, także przez K. Kutza, dążeniach do odzyskania autonomii Śląska, nadania gwarze śląskiej statusu języka, a niektórzy nawet marzą o statusie mniejszości narodowej dla Ślązaków?

– Uważam to za nieporozumienie. Ludzie, którzy by mogli się powoływać na śląską tożsamość są już na samym Śląsku mniejszością. Co więcej, Ślązacy z wszystkimi mieszkańcami Ziem Północnych i Zachodnich są najdynamiczniejszą częścią ludności naszego kraju i schodzenie do poziomu jakiegoś „podkraju” byłoby nieporozumieniem, a nawet anachronizmem.


Tak, to prawda. Udało się wypędzić z Górnego Śląska 90% Ślązaków - tych którzy niby byli "przywiązani do Macierzy". Polska to naprawdę jest jakiś "nadkraj".

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Polska śląsko-wielkopolska 2016/02/06 20:02 #164426

@Marek Wojcik,

Do efu.

@ Mariusz Wercik

Proszę

@71Hanysek

WTF?

----

Sprzed kilku dni wywiad z prezydentem Poznania Jackiem Jaśkowiakiem. Wrzucam, bo (o zbiegu okoliczności!?) jest podobny w wymowie do wywiadu ze Stefanem Bratkowskim z tytułowego postu.

wyborcza.pl/magazyn/1,150175,19554298,wo...em-jaskowiakiem.html

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Strona:
  • 1
Moderatorzy: olowpbGhostFantus


bytomski logo pelen kolor beta



najpopularniejszy serwis internetowy w mieście, posiadający największe forum dyskusyjne, a także kalendarium imprez, ogłoszenia drobne i wiele innych.