Zapadł wyrok ws. detektywa Rutkowskiego. W Bytomiu działał bezprawnie


Warszawski sąd skazał słynnego detektywa Krzysztofa Rutkowskiego za nielegalną działalność w latach 2004-2006. W związku z tym odpowiedział za jedną akcję w Bytomiu, którą przeprowadził w 2005 roku na zlecenie jednego z lokalnych przedsiębiorców.

W Sądzie Rejonowym Warszawa-Środmieście zakończyła się sprawa Krzysztofa Rutkowskiego, która toczyła się od 2012 roku. Słynny detektyw odpowiadał za nielegalne prowadzenie działalności detektywistycznej w latach 2004-2006.

W akcie oskarżenia opracowanym przez prokuraturę w Katowicach można przeczytać, że firma Rutkowskiego nie miała wpisu do rejestru działalności detektywistycznej. Jego biuro nie mogło zatem wykonywać świadczeń na rzecz zleceniodawców. We wspomnianym akcie znalazło się dwieście spraw, którymi zajmowało się Biuro Doradcze Rutkowski.

Na liście znalazła się jedna sprawa, która była prowadzona w Bytomiu w 2005 roku. Do Rutkowskiego zgłosił się przedsiębiorca z naszego miasta, który był właścicielem hurtowni. Szef firmy miał zapłacić haracz gangsterom. Detektyw wraz ze swoimi pracownikami zatrzymali na gorącym uczynku trzy osoby, które przyszły po haracz.

Warszawski sąd uznał tamtą akcję za niezgodną z prawem. Rutkowski z kolei bronił się, że było to zatrzymanie obywatelskie, posiadał wówczas licencję i uprawnienia detektywistyczne, a akcja odbyła się przy współpracy z policją.

- Chodziło o zatrzymanie bandytów na terenie Bytomia. Były komendant wojewódzki na Śląsku podjął czynności przeciw mnie i moim ludziom. Zatrzymaliśmy bowiem ludzi, którzy przyszli po haracz do jednego z mieszkańców Bytomia. Człowiek ten był bezradny. My wykonywaliśmy tę robotę bezpłatnie. Nasze zatrzymanie doprowadziło do skazania tych ludzi. W apelacji będziemy podejmować przedawnienie tej sprawy - komentuje detektyw na łamach "Dziennika Łódzkiego".

Rutkowski za nielegalną działalność został skazany na rok więzienia w zawieszeniu oraz 20 tys. złotych grzywny. Może jednak się odwołać i tak też zamierza zrobić. Detektyw zapewnia, że jest niewinny, działał zgodnie z prawem, a cała sprawa wzięła się stąd, że popadł w konflikt z wiceszefem śląskiej policji oraz niektórymi prokuratorami z naszego województwa.

To nie pierwszy wyrok Rutkowskiego. W 2013 roku został skazany m.in. za pranie brudnych pieniędzy, a sprawa miała związek ze śląską mafią paliwową. Wcześniej detektyw odsiedział w bytomskim areszcie przez prawie 10 miesięcy. Po wyjściu na wolność tak opowiadał o pobycie za kratami.

- Trafiłem do celi VIP-owskiej, jednoosobowej z łazienką, o powierzchni około 12 metrów kwadratowych. Była świeżo wyremontowana. Miałem telewizor, radio, książki i gazety. Za więziennymi murami najważniejszą sprawą jest zabicie nudy. Dużo więc czytałem, zacząłem też pisać drugą część mojej książki "Detektyw". Sporo czasu poświęcałem również na kontemplację i ćwiczenia fizyczne. Areszt w Bytomiu mieści się w budynku poklasztornym, więc choćby tylko z tego powodu są tutaj doskonałe warunki do rozmyślań, a jeśli chodzi o ćwiczenia fizyczne, to z podręcznego sprzętu, który posiadałem w celi, zrobiłem minisiłownię. Sporo czasu spędzałem też przed telewizorem. Miałem do wyboru trzy kanały. Lubiłem oglądać np. "Plebanię" i serial "Klan" - mówił w "Expressie Ilustrowanym".

Tym razem Krzysztof Rutkowski za kraty nie trafi, ale jeżeli się odwoła, to sprawa będzie miała swój ciąg dalszy.

fot. Facebook/Krzysztof Rutkowski